<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Na boczek">
<author_1="Maria Zientarowa">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="10">
<date="1954-10-10">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
— Kiedy ja już nie mam tej gazety — wykręcała się matka Janka. — Może jak tata wróci do domu to wam pokaże. — Może, może — przedrzeźniał Andrzej ze złą miną. — Jak coś ma być potem, to już nigdy nie będzie. — Filozof — powiedziała matka Janka. — Żaden znów filozof. — Nie obrażaj się, bo to nic złego.— Akurat, nic złego. Ale nie szkodzi, jak jutro tak powiem na Kowalskiego, to będzie dopiero miał. Filozof! — Ciocia Andzia mnie powie co znaczy to słowo — poprosił Janek. — Tata ci powie jak wróci. — Jak tata weróci, to ja już dawno zapomnę. — Przestań z tym weróci, bo nam się w głowie kręci od tego mówienia. — A dokąd poszedł tata? — chciał wiedzieć Andrzej. — Poszedł z Lejkiem na spacer. — A nas nie zabrał!— Bo poszedł uczyć Lejka do nogi.— Do czego? — Uczyć go, żeby chodził przy nodze. — Wielka sztuka. Jakby sobie nogę wysmarował słoniną, to pies zarazby chodził przy tej nodze. Już ja znam psy — powiedział Andrzej z wielką pewnością siebie. — Albo keremem, też by chodził dodał Janek w zamyśleniu. — Janek, jak ty mówisz — zawołała ciocia Andzia w rozpaczy. — Albo serem — dodał Andrzej.— Andrzej!— Ser, co w tym złego! — Nic, już mi się wszystko pomieszało. Wyjdźcie na balkon, to zobaczycie tatę z Lejkiem. Wyszli na balkon. Ciocia Andzia, nachylona nad wielką dziurą w skarpetce, mruczała coś pod nosem. — Czego meruczysz? — spytała matka Janka. — To ty już też? — Co ja! — Nic. Ja nie meruczę, tylko właśnie myślałam jak to jest: kerem, serem.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
